![[Powrót do strony głównej]](czersk/tyl.jpg)
O Ardesie, która Ardesą być przestała.
Mój pierwszy karabin produkcji Ardesy właściwie nie powinien nazywać się Hawken Woodsman, tylko
Totalne Nieporozumienie. Wystrzelone zeń kule żyły własnym życiem i jeśli nigdy nie
postrzeliłem ani siebie, ani stojących obok kolegów, to zawdzięczam to wyłącznie Bożej opatrzności.
Nie mogąc dojść z nim do ładu, czym prędzej się go pozbyłem i zorganizowałem kolejną
kontrabandę z Czech (a był to mroczny czas dla naszego hobby, gdy za posiadanie czarnoprochowca bez papierów groziło do 8 lat więzienia). Tym razem stałem się właścicielem Hawken Rifl'a, również produkcji Ardesy.
Już następnego dnia po powrocie z Ostrawy zdarłem z kolby mojej nowej zabawki błyszczący lakier, który od początku drażnił mój zmysł estetyczny. To samo zrobiłem z oksydą płyty zamka i kurka. Mając rozbrojoną i pozbawioną paskudnego lakieru kolbę, uszlachetniłem jej kształt, starając się ją upodobnić do oryginalnych Hawkenów oglądanych często na stronie internetowej firmy Track of the wolf. Po tych zabiegach przyciemniłem orzechowe drewno kolby bejcą i zabezpieczyłem kilkakrotną warstwą oleju lnianego. Aby efekt upodabniania hiszpańskiego wyrobu do oryginału był pełniejszy, zamówiłem w amerykańskiej firmie pałąk przyśpiesznika i cyngla oraz dla poprawy osiągnięć strzeleckich - muszkę tunelowa i diopter. Tak podrasowany Hawken służył mi wiernie przez długi czas. To dzięki niemu zdobyłem większość z posiadanych dyplomów, medali i nagród.
Po paru latach wzajemnej przyjaźni coś jednak zaczęło się miedzy nami psuć.
Aby ratować naszą przyjaźń, próbowałem eksperymentować z innymi naważkami prochu,
pociskami, kulami, czasami nawet wydawało mi się, że już jest znacznie lepiej, ale
lepiej wcale nie było, ba, było coraz gorzej!
Po naradzie z moimi przyjaciółmi na temat niedyspozycji krnąbrnej Ardesy, bardziej
doświadczeni i mądrzejsi w temacie koledzy zasugerowali, że prawdopodobnie winę za brak sukcesów
strzeleckich ponosi wysłużona korona lufy. Idąc za radą przyjaciół udałem się
do Krzyśka Rzemka i poprosiłem, aby nie bacząc na moje emocjonalne wahania skrócił nieco
lufę i zrobił jej porządną koronę. Przy okazji tego zabiegu pozbawiłem lufę hiszpańskiej
oksydy i przywróciłem jej naturalny stalowy kolor, jaki wielokrotnie oglądałem w muzeach.
Po tych czynnościach moja przyjaźń z Hawkenem odżyła na nowo, dowodem na polepszenia
naszych wzajemnych relacji był pokaźnych rozmiarów puchar przywieziony z Rybnika, perłowy
Smok krakowski a także wywalczony przez Wiolę 10 kilogramowy wrocławski Niedźwiadek.
W nagrodę za dobre sprawowanie wyposażyłem ciągle jeszcze Ardesę w skórzany flint pas.
Po pewnym czasie nasza przyjaźń znowu została narażona na ciężka próbę. Z zawodów na zawody
strzelałem coraz gorzej, w Chełmie w konkurencji na 100 metrów na 13 strzałów tylko 8
ulokowałem w tarczy! Taki wynik przeważył szalę goryczy, dlatego zdecydowałem się na
bardziej radykalne środki.
Dzięki Tomkowi44 zaopatrzyłem się w surową lufę Lothara-Waltera, z nią i tym, co pozostało z mojej wysłużonej Ardesy po raz wtóry pojechałem na sygnale do Krzyśka Rzemka z prośbą, aby reanimował mój ukochany sztucer. Krzysiek po mistrzowsku zrobił to, o co go poprosiłem, a przy okazji założył w nowej lufie wykręcany korek i najprawdziwszą brantkę, która w niczym już nie przypominała poprzedniej, jakże wulgarnej w swojej prostocie. Po tych zabiegach moja Ardesa przestała być Ardesą i jedynie, co ją jeszcze łączy z Zamudio (Vizcaya), to munchhausenowski mosiężny półksiężyc na policzku kolby i kontrblacha zamka, będącą pośrednią formą pomiędzy nurkującym wielorybem, a chińskim smokiem cierpiącym na artretyzm.
Jeśli mój stary-nowy sztucer po wymianie lufy nie zawiedzie mnie, to w nagrodę zafunduję mu rzemkowy dekor. Ale na to musi sobie najpierw zasłużyć.
Wojtek
W tym roku w nagrodę za wywalczone w rękach Wioli I miejsca w zawodach w Bańgowie mój sztucer dostał nowy flint pas. Nie wiem jak to się stało, ale albo stary stary rzemień się skurczył, albo ja urosłem.